„rozmowy. W milczeniu pokonujemy leśną drogę, na którą już dość dawno skręciliśmy z nadmorskiej szosy.
Wśród drzew pojawiają się jakieś zabudowania, kilka murowanych baraków i jeden piętrowy dom z tarasem. Jesteśmy w Camp de Carpiagne, tak przynajmniej głosi okazała tablica opodal pustej budki wartownika i nadłamanego szlabanu zamykającego wjazd.
Zakwaterowano nas w jednym z baraków. Żelazne wojskowe łóżka, licha pościel, dwa stoły, drewniane taborety, na ścianach wieszaki. Pośrodku żelazny piecyk i skrzynka z węglem. W małej przybudówce umywalnia, oczywista, z zimną wodą. W sąsiednim budynku jadalnia. Nie ma kantyny. Prawdę mówiąc, nie potrzebujemy jej, bo ani nasz konsulat, ani Francuzi nie wypłacili nam choćby złamanego centa.
Komendę obozu sprawował francuski kapitan rezerwy wspomagany przez młodszego nieco porucznika oraz jednego podoficera i kilku żołnierzy stanowiących personel kuchenny.
Jedzenie bardzo kiepskie i niezwykle oszczędne porcje. Trochę markotno, że nas tak oschle przyjmują. Na szczęście mamy tu przebywać tylko parę dni. Abyśmy się zapewne nie nudzili, dano nam do wypełnienia tasiemcowe ankiety7 personalne z całym zestawem pytań, na które należało udzielić wyczerpujących odpowiedzi. W moim odczuciu była to typowa sztuka dla sztuki. Bo jakież znaczenie i dla kogo mogła mieć na przykład informacja o chorobach przebytych w dzieciństwie Napisałem krótko „Miałem w dupie owsiki!" Żadnych reperkusji. Nikt pewnie nawet tego nie czytał albo sam twórca ankiety dostrzegł wreszcie swą urzędniczą głupotę.“(4)